sobota, 12 kwietnia 2014

Rozdział 1- Przybysz z daleka

   Witam na nowym blogu i przedstawiam nowe opowiadanie. Tematyka oczywiście yaoi, aczkolwiek znowu sięgam po moje ulubione postapokaliptyczne klimaty z elementami S-F i horroru. Serdecznie zapraszam na pierwszy rozdział i życzę dobrej zabawy oraz przyjemnego czytania.



               Przybysz z daleka


     Czarnoskóry mężczyzna z dredami nacisnął klawisz interkomu.
   -Doktorze Frankley, niech pan przyjdzie do laboratorium.
     -Co się dzieje?- szczeknął głośnik interkomu.
     -Stacja radarowa w Meksyku wykryła dwa latające obiekty, kierujące się z niezwykłą prędkością na wschód. Ich trajektoria wskazuje na wejście w ziemską atmosferę w okolicach Azji. Bardzo szybko zbliżyły się nad terytorium Brazylii i minęły ją jakieś cztery minuty temu.
     -Gdzie się kierują?- głos Frankleya był zniekształcony przez urządzenie.
     Potężny murzyn spojrzał na ekran komputera.
     -Tor ich lotu wskazuje, że zetknięcie z powierzchnią nastąpi gdzieś w okolicach Europy zachodniej lub środkowej.
     -Możemy nawiązać łączność ze stacjami obserwacyjnymi we Francji i Niemczech?
     -Już to zrobiliśmy- odparł czarnoskóry. -W każdej chwili możemy mieć obraz z ich teleskopów, niech pan tu przyjdzie.
     -Już idę.
     Kilka minut później doktor Frankley i jego czarnoskóry, potężnie zbudowany asystent śledzili lot tajemniczych obiektów na głównym ekranie laboratorium. Obraz z naziemnych teleskopów nie był idealny, ale wyraźnie pokazywał dwa, płonące pod wpływem tarcia atmosferycznego bolidy, lecące z ogromną prędkością.
     -Kawałki rozbitego meteorytu?- zapytał asystent Frankleya.
     -Nie- doktor pokręcił głową i wskazał na ekran komputera. -Meteoryty nie korygują kursu. Spójrz na to, Steve.
     Frankley pokazał na ekranie kolorowe linie, obrazujące trajektorie obu obiektów. Wyraźnie widać było, że jeden z nich, mniejszy, lecący pierwszy, zmienił lekko kurs. Drugi, znacznie większy, zupełnie jakby chciał go dogonić, po chwili skorygował tor lotu i szedł identycznym kursem co pierwszy.
     -Pojazdy?- z niedowierzaniem zapytał Steve, szarpiąc nerwowo jeden z dredów. Doktor pokiwał głową.
     -Na to wygląda. Zdaje się, że większy obiekt stara się dopaść tego mniejszego. Możemy zrobić zbliżenie?
     -Owszem, ale pogorszy się jakość obrazu.
     -Nie ważne, powiększcie obraz i śledźcie te obiekty.
     Statki wypełniły niemal cały ogromny ekran, zajmujący całą ścianę laboratorium. Przez wydzielane przez statki płomienie i dym nie można było dostrzec szczegółów ich budowy, ale przez krótki moment oczom obserwatorów ukazała się błyszcząca, gładka jak metal, lecz czarna powierzchnia większego z obiektów.
     Nagle między oboma statkami rozbłysło ostre światło, podobne do wyładowania elektrycznego. Pierwszy, mniejszy z nich zmienił kurs, zdawał się koziołkować w niekontrolowany sposób, z jego tylnej części wydobywał się czarny dym. Jego prędkość zdecydowanie zmalała. Pułap również. Pod dość ostrym kątem zbliżał się do powierzchni, starając się odzyskać kierunek, co było wyraźnie widoczne. Na jego bokach strzelały płomienie, jakby pilot używał silników korygujących trajektorię pojazdu. Częściowo z powodzeniem, gdyż kąt opadania statku zmienił się, nie był już bezpośrednio skierowany w stronę powierzchni, co mogłoby spowodować rozbicie się obiektu. Jego prędkość również malała, zapewne aby uchronić załogę od śmierci w wyniku uderzenia. Chwilę później naukowcy stracili kontakt wzrokowy z pojazdem. Oczekiwali eksplozji, ale nic takiego się nie stało.
     Natomiast drugi statek z pełną mocą wyminął zestrzelonego przeciwnika i pomknął dalej po szerokim łuku, starając się zawrócić. Nie chciał stracić z oczu miejsca upadki swej ofiary, więc zwolnił. Wtedy jego silnik zgasł a sam obiekt rozpoczął swobodny, niekontrolowany upadek.
     Tym razem potężny błysk rozświetlił ekran, kiedy statek uderzył w powierzchnię Ziemi.
     -Chyba mamy gości z innego świata- szepnął Frankley, a w myślach dodał: -Oby nie okazali się naszymi wrogami.
     -Co teraz, doktorze?- zapytał Steve, wciąż szarpiąc jeden ze swych dredów.
     -Musimy zawiadomić odpowiednie służby i NASA.
     Czarnoskóry kiwnął głową i oddalił się do stanowiska łączności.







     -Hej, obudź się!- ktoś energicznie potrząsał jego ramieniem. -Skąd się tu wziąłeś?
     Otworzył oczy i ujrzał stalowoszary uniform, czapkę z czarnym, plastikowym daszkiem i dystynkcje na pagonach szarpiącego go mężczyzny. Człowiek w mundurze nie był sam, obok stał drugi, młodszy w identycznym stroju. Trzymał dłoń na kaburze przy pasku. Starszy ostatni raz szarpnął go za ramię, widząc, że dochodzi do siebie.
     -Co tu robisz?- zapytał. -Jak się nazywasz?
     Nie do końca świadomy swej sytuacji, ledwie rozbudzony chłopiec zamrugał oczami i spojrzał na mężczyzn w mundurach.
     -Nie... nie wiem...
     -Jak to, nie wiesz?! Skąd wytrzasnąłeś te dziwaczne ciuchy? Skąd w ogóle jesteś, masz dziwny akcent- zapytał gliniarz, patrząc na niespotykane raczej wśród tutejszej młodzieży spodnie, przypominające nieco swym krojem strój wojskowy. Również buty chłopaka sprawiały wrażenie solidnych i przeznaczonych do najtrudniejszych zadań. Zdecydowanie nie były wykonane ze skóry, lecz z jakiegoś syntetycznego materiału, przypominającego swą strukturą gruby jeans, wypełniony gąbką. Poza tym chłopiec miał na sobie jedynie piaskowoszarą koszulkę na ramiączkach, odsłaniającą jego szczupłe, lecz umięśnione ramiona. Cały jego strój jak również blada skóra były mokre, jakby chłopiec zaległ na trawie w pobliżu niewielkiego stawu, po uprzedniej kąpieli w ubraniu.
     -Nie pamiętam... nic nie pamiętam- chłopiec usiadł i przetarł oczy kciukami.
Policjant wyjął z kieszonki skaner linii papilarnych i wyciągnął rękę do chłopca.
     -Daj rękę, sprawdzimy w bazie danych, czy nie jesteś uciekinierem, lub czy nie jesteś poszukiwany. Może twoi rodzice cię szukają, a ty śpisz w krzakach ma obrzeżach miasta.
     Chłopiec wyciągnął rękę do policjanta i pozwolił mu wykonać skan kciuka. Mężczyzna przez chwilę patrzył na skaner, czekając na wynik.
     -Interesujące- mruknął pod nosem. Młodszy policjant zaciekawił się wynikiem i zerknął na ekran skanera.
     -Brak danych?- zdziwił się. Starszy kiwnął głową i powiedział:
     -Nie mamy go w systemie, więc wygląda na to, że nikt nie zgłosił jego zaginięcia ani nie jest poszukiwanym przestępcą.
     -Co ze mną zrobicie?- zapytał nieśmiało chłopiec. Starszy policjant wzruszył ramionami.
     -Zabierzemy cię na posterunek- powiedział tonem zdradzającym znudzenie i rutynę. -Sprawdzimy twoje odciski w centralnej bazie mieszkańców miasta, żeby ustalić twoje dane.
     Chłopiec nie był wystraszony, pokiwał smutno głową, pozwolił się chwycić za łokieć i zaprowadzić do srebrnego radiowozu. Posadzono go z tyłu razem z młodszym policjantem, starszy natomiast zasiadł za kierownicą i uruchomił silnik.
     -Nie bój się- powiedział siedzący obok chłopaka młodszy przedstawiciel władz. -Znajdziemy twoją rodzinę.
     -Nie boję się- odparł chłopiec i odwrócił się do okna, patrząc na przemykający szybko, podmiejski krajobraz.





     Na posterunku pozwolono mu zdjąć przemoczone ubranie, dano mu koc do okrycia i zaprowadzono go do łazienki, gdzie mógł załatwić swoje potrzeby i umyć się. Jednak przed drzwiami łazienki postawiono jednego policjanta, który mógłby interweniować w razie próby ucieczki.
     Chłopiec stanął przed lustrem i spojrzał na swoje odbicie, ale miał wrażenie, że widziana przez niego twarz jest mu całkiem obca.

     Duże, niezwykle jasne, jakby błyszczące wewnętrznym światłem, błękitne oczy i czarne włosy, spadające na oczy. Niewielka blizna nad prawym okiem,rozcinająca również łuk brwiowy. Dalsza jej część na górnej wardze. Ślady nie były duże, właściwie to ledwie widoczne, co wskazywało na to, iż powstały już dość dawno temu. Szczupła, blada twarz o lekko zarysowanych kościach policzkowych.
Na lewym barku chłopca widoczna była spora blizna, wyglądająca na oparzenie. Była świeższa od pozostałych śladów dawnych urazów na jego ciele.
     Dotknął jej opuszkami palców, starając się przypomnieć sobie moment jej powstania.
Zabolała, co świadczyło o jej niezbyt odległym powstaniu. Lecz nawet ten ból nie przypomniał mu nic, co mogłoby mu powiedzieć kim jest i skąd się tu wziął.
     Odkręcił wodę i umył twarz. Mokra dłonią przeczesał włosy i wyciągnął z nich kilka listków i maleńkich gałązek, pozostałych po nocy spędzonej w krzakach nad stawem. Koc zsunął się z jego ramion, odsłaniając resztę nagiego ciała.
     Ponownie spojrzał w lustro, uważnie badając każdy szczegół swej anatomii.
Wystające obojczyki, jeden krzywo zrośnięty -kolejny dowód na liczne urazy. Wyraźnie widoczne mięśnie brzucha, opięte bladą skórą. Z lewej strony pępka kolejna blizna, a raczej zabliźniony otworek, jakby po czymś wbitym w ciało. Lub po postrzale.
     Chłopiec odwrócił się plecami do lustra i zerknął w nie, wykręcając szyję. Na plecach, symetrycznie do blizny przy pępku, była kolejna blizna, nieco większa, wyglądająca jak rana wylotowa, powstająca w przypadku, kiedy pocisk przechodzi przez ciało na wylot.
     -Kim jestem?- zadał sobie w myślach pytanie, patrząc na swoje blizny. Nie znalazł na nie odpowiedzi.
     Czekający przed łazienką policjant zadudnił w drzwi.
     -Długo jeszcze?
     -Już wychodzę- odparł chłopak, podnosząc z ziemi koc i owijając się nim szczelnie. Sięgnął ręką w stronę kranu, aby zakręcić wodę, lecz wtedy strumień wody, cieknący z wylewki odchylił się, jakby pchany silnym podmuchem wiatru. Chłopak cofnął dłoń a woda wróciła do swojego normalnego toru spływania.
     Powoli zaczął ponownie zbliżać rękę do kranu, patrząc na odchylający się strumień cieczy. Poruszył palcami -woda zafalowała zgodnie z tym rytmem.
    -Ja to zrobiłem?- w jego głowie pojawiło się kolejne pytanie bez odpowiedzi. Ponownie poruszył palcami a woda zareagowała, naśladując jego ruchy.
     Drzwi uchyliły się i dobiegł go zdenerwowany głos pilnującego go policjanta.
     -Trzepiesz się tam, czy co?!
     Zakręcił szybko wodę i ruszył w stronę drzwi.
     -Przepraszam, chciałem się umyć- powiedział, kiedy był już na korytarzu posterunku. Młody policjant machnął ręką i wskazał mu krzesło przed gabinetem.
     -Siadaj tu i nie ruszaj się nigdzie, zaraz ktoś po ciebie przyjdzie.
     Brunet kiwnął głową i już siadał, kiedy drzwi gabinetu uchyliły się i stanął w nich starszy z gliniarzy, którzy go tu przywieźli.
     -Przejmę go- powiedział do kolegi i kiwnął na chłopaka. -Wejdź, mamy do ciebie kilka pytań.
     Czarnowłosy posłusznie wszedł do środka i usiadł przed biurkiem, które wskazał mu policjant. Za biurkiem siedział gruby mężczyzna w cywilnym ubraniu, ale z pewnością również był przedstawicielem służb policyjnych. Do kieszonki niebieskiej koszuli przypięty miał identyfikator z nazwiskiem.
Brzmiało ono Bogusław Starzyński, porucznik.
     Grubas zakasłał i położył na biurku kilka przedmiotów nieznanego przeznaczenia.
     -To znaleźliśmy w kieszeniach twoich spodni- powiedział i znowu zakasłał, jego masywne cielsko zafalowało niczym galareta. -Co to za przedmioty i do czego służą?
     Chłopiec spojrzał na leżące na blacie rzeczy i pokręcił głową.
     -Nie wiem, nie potrafię odpowiedzieć.
    -Miałeś je przy sobie, musisz wiedzieć co to jest.
     -Naprawdę nie wiem, niczego nie pamiętam...- jęknął i spuścił głowę, wbijając spojrzenie swych błękitnych oczu w podłogę.
     -Czy te rzeczy pochodzą z kradzieży?- zapytał gliniarz ostrym tonem, świdrując chłopca swoimi świńskimi oczkami, ledwie widocznymi w fałdach tłuszczu na nalanej twarzy. -Należysz do jakiegoś gangu, okradacie domy?
     -Nie wiem, niczego nie pamiętam, proszę mi uwierzyć...
     -Masz na ciele sporo ran, jak większość członków gangu. Nawet postrzał z raną wylotową na plecach, groźna rana. Musiałeś być z tym w szpitalu, właśnie to sprawdzamy. Albo dobrze kłamiesz i udajesz zanik pamięci, albo serio nic nie pamiętasz.
     -Nie należę do żadnego gangu, nie wiem co to znaczy, nie wiem co to za przedmioty i skąd je mam- wyrzucił z siebie jednym tchem chłopak. -Być może należą do mnie, ale nie pamiętam niczego, żeby to potwierdzić. Nie pamiętam niczego, dopiero moment, kiedy znaleźliście mnie nad tym stawem.
     -Obyś mówił prawdę- pokiwał głową gruby gliniarz. -Bo w przeciwnym razie czekałaby cię kara. Tacy jak ty to prawdziwa plaga, rabują domy, napadają na ludzi, zdarzały się też zabójstwa. Wyglądasz na nie więcej niż szesnaście lat, tacy są najgorsi...
     -Mam piętnaście lat- przerwał mu chłopak.
     -Podobno niczego nie pamiętasz- zaśmiał się policjant. -Plączesz się w zeznaniach, chłopcze.
     -Bo to prawda, nie pamiętam niczego sprzed mojego odnalezienia. Ale jestem pewien, że mam piętnaście lat. Jestem tego pewien bardziej, niż tego, że siedzi pan przede mną, sir.
     -Sir?- zdziwił się gliniarz. -Gadasz jak żołnierz do przełożonego, nie przeginaj, to nie pomoże ci uniknąć kary, gdyby okazało się, że jednak jesteś w gangu.
     -Wydawało mi się to właściwe- odparł chłopak, patrząc na policjanta. -Nie wiem dlaczego, ale czułem, że tak powinienem się do pana zwracać.
     -No dobrze- grubas machnął ręką. -To i tak bez znaczenia, skup się raczej na sobie i powiedz nam kim jesteś.
     -Naprawdę nie wiem, proszę mi uwierzyć. Nie pamiętam nawet swojego imienia, nie wiem skąd jestem, nie pamiętam niczego...- chłopiec złapał się za głowę i jęknął . -Proszę, pomóżcie mi odzyskać pamięć...
     Gruby policjant westchnął.
     -Chłopcze, chciałbym ci wierzyć. Ale zanim to zrobię, musimy się upewnić co do twojej tożsamości. Twoje rany i nieznane przedmioty, znalezione przy tobie, świadczą przeciwko tobie- gliniarz wstał i obszedł biurko dookoła, podchodząc do chłopca. -Osobiście nie sądzę, że jesteś przestępcą, ale zbyt wiele dowodów świadczy o twojej przynależności do gangu. I jeszcze ten twój obcy akcent, zbyt wiele niewyjaśnionych rzeczy. Dowiemy się kim jesteś, ale potrzebujemy czasu.
     -Tak jest, sir- powiedział chłopak. Gliniarz zaśmiał się.
     -Gadasz jak wojskowy.
     Usiadł za biurkiem i zakasłał ostro, jego opasłe cielsko zatrzęsło się jak galareta.






     Starzyński ze zdumieniem wpatrywał się w monitor i stukał palcami w biurko. Drugi policjant, jeden z tych, którzy przywieźli chłopca na posterunek, spojrzał na porucznika.
     -Brak danych?- zapytał. Grubas przytaknął ruchem głowy i zakasłał.
     -Nie wiem jak to możliwe- powiedział, sięgając do kieszeni spodni po chusteczkę. -Nie ma go w krajowym rejestrze obywateli. Sprawdziłem też bazę danych Interpolu, ale nie ma go na ich liście poszukiwanych, ani jako zaginionego ani jako przestępcy.
     Drugi gliniarz zagwizdał przeciągle.
     -Krótko mówiąc, ten chłopak nie istnieje?
     -Na to wygląda- odparł porucznik i znowu zakasłał, przykładając chusteczkę do ust. Spojrzał na nią i skrzywił się. Szybko zwinął ją w kulkę i pośpiesznie schował do kieszeni. Zamyślił się na chwilę.
     Kilka tygodni temu zaczął kaszleć krwią. Przeraził się i poszedł do lekarza. Diagnoza nie była pocieszająca: rak płuc. Nie przyznał się rodzinie ani kolegom w pracy, chciał nadal pracować tak jak dawniej. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że umiera, ale nie chciał wyrzec się swojej pracy, którą cenił i uważał za potrzebną. Pomagał ludziom, odnajdywał zaginionych, był w tej dziedzinie bardzo cenionym ekspertem. Odnalazł wielu zaginionych nastolatków, w większości były to ucieczki z domów, ale zdarzały się tez i sprawy znacznie poważniejsze, jak zabójstwa czy porachunki gangów. Był szczęśliwy, że mógł pomagać i chciał wykonywać tę pracę do końca. Z tego powodu nie powiedział nikomu o swojej chorobie i sam robił co w jego mocy, aby o niej zapomnieć.
     Z zamyślenia wyrwał go głos kolegi.
     -I co z nim zrobimy?
     -Cóż- odparł powoli. -Standardowa procedura, izba dziecka i dalsze poszukiwania. Na tym kończy się nasza rola. Ale w tym chłopaku jest coś dziwnego, co nie daje mi spokoju.
     -Co takiego?
     -Jego rany. Są niespotykane, nawet jak na członka gangu. Zwłaszcza ta oparzelina na ramieniu. Poza tym nie wygląda mi na ćpuna, jakimi w większości są młodociani przestępcy. Jest w zbyt dobrej kondycji fizycznej jak na narkomana, sam widziałeś jego mięśnie, spore nawet jak na wysportowanego chłopaka w jego wieku.
     -Fakt, nie wygląda na jednego z nich- zgodził się mężczyzna w mundurze. -Co nie musi oznaczać, że jest czysty.
     -W jego wypadku jestem skłonny zaufać swojej intuicji, a ona podpowiada mi, że ten chłopak mówi prawdę i nie należy do żadnego gangu- powiedział Starzyński i wyłączył komputer. -A moja intuicja niezwykle rzadko mnie zawodzi.
     -Wiem o tym, Boguś- uśmiechnął się mundurowy. -I też nie wierzę, że ten chłopak mógłby należeć do gangu. Może naprawdę stracił pamięć w wyniku jakiegoś wypadku, kto wie?
     -Nie wiem czemu, ale ufam mu i wierzę w jego słowa- porucznik spojrzał na monitor wiszący nad drzwiami, pokazujący obraz z korytarza. Na korytarzu siedział skulony, wystraszony chłopiec o czarnych włosach, otulony kocem. -Nie zależnie od tego, jak potoczą się jego dalsze losy, będę miał go na oku. Przynajmniej...- pomyślał o zakrwawionej chusteczce w kieszeni spodni. -...przynajmniej tak długo, jak będę mógł.
     Za oknem słońce skryło się za ciemnymi chmurami i pierwsze krople deszczu uderzyły w szyby.






     Błękitne oczy chłopca wlepione były w okno, za którym pochmurne niebo spowiło cieniem pobliskie budynki i drzewa. Na posterunku było ciepło, lecz widok z okna wywoływał subiektywne odczucie chłodu, więc owinął się szczelniej kocem, podkurczył nogi i oparł brodę na kolanach. Monotonne bębnienie kropel deszczu o parapet działało na niego usypiająco. Po chwili jego oczy zamknęły się i …

     ...dym, wydobywający się spod konsoli sterowania statku gryzł w oczy. Fotelem pilota szarpnęło i tylko dzięki zapiętym pasom udało mu się w nim utrzymać, choć pasy boleśnie wbiły się w jego ciało.
     -Uszkodzenie poszycia- zabrzmiał głos komputera pokładowego. -Systemy podtrzymywania życia uszkodzone-sprawność 30%, główny silnik zniszczony, silniki manewrowe sprawne w 75%. Zderzenie z powierzchnią za cztery minuty...
     -Koryguj kurs silnikami manewrowymi, zmniejsz prędkość ile tylko się da- zawołał, próbując przekrzyczeć huk i wibracje uszkodzonego poszycia statku. -Nie chcę ginąć na obcej ziemi!
     -Wykonuję- komputer przystąpił do działania, statkiem szarpnęło kilka razy, co świadczyło o uruchamiających się cyklicznie silnikach manewrowych. Wstrząsy złagodniały, przeciążenie wyraźnie zmalało, a więc pojazd zmniejszył prędkość. Chłopiec odpiął pasy i wstał z fotela pilota. W jego oparciu ukryty był schowek, który teraz otworzył i wyjął z niego kilka metalowych przedmiotów, energicznie upychając je do kieszeni na nogawkach spodni.
     Głośny sygnał dźwiękowy ostrzegł go o nieuchronnym uderzeniu w powierzchnię planety. Skoczył w stronę fotela i zapiął pasy. Poczuł dość silny wstrząs, pasy znów wcisnęły się w jego ciało. Chwilę później szarpnięcie...

     ...powtórzyło się. Ocknął się i otworzył oczy. Ujrzał stojącego przed nim grubego policjanta, który trzymał go za ramię.
     -Jesteś pewnie zmęczony- powiedział mężczyzna i uśmiechnął się ciepło.
     -Trochę- odparł i przetarł oczy. -Czy mogę dostać już swoje ubranie?
     Porucznik uśmiechnął się znowu.
     -Myślę, że już wyschło, chodź ze mną- kiwnął na chłopca i ruszył korytarzem do drzwi, opatrzonych napisem „kotłownia”, gdzie powieszono mokre ubranie chłopca. Policjant wpuścił go do środka i zamknął drzwi, zostawiając go samego, aby mógł się ubrać.
     Po kilku minutach chłopak uchylił drzwi i opuścił kotłownie już przebrany w swoje spodnie, koszulkę i buty. Na przedramieniu trzymał zwinięty koc, którym wcześniej był okryty.
     -Dziękuję, sir- podał koc Starzyńskiemu. Gliniarz zaśmiał się i pokręcił głową.
     -Nie ma sprawy, żołnierzu- wziął koc od chłopaka i kiwnął głową. -Chodź, dowiemy się co z twoim transportem do izby dziecka.
     Ruszyli korytarzem z powrotem do gabinetu porucznika.
     -Co to, ta izba dziecka?- zapytał chłopiec, patrząc błękitnymi tęczówkami na mężczyznę.
     -Jezu, ty serio nic nie pamiętasz, albo nie jesteś stąd- westchnął policjant. -Izba dziecka to tak jakby tymczasowe miejsce pobytu młodocianych, pozbawionych opieki rodziny.
     -Więzienie?- zapytał chłopak, patrząc bystro na gliniarza.
     -Dla niektórych bywa aresztem...-Starzyński nie wyjaśnił, co miał na myśli, wszedł do gabinetu i usiadł za swoim biurkiem, wskazując chłopcu krzesło naprzeciwko siebie. Czarnowłosy usiadł posłusznie i wlepił wzrok w okno. Tymczasem porucznik sięgnął po telefon i wykręcił numer izby dziecka.
     -Witam, porucznik Starzyński z tej strony- powiedział do słuchawki po uzyskaniu połączenia. -Kiedy możemy przywieźć naszego podopiecznego?
     Na chwilę zapadła cisza, kiedy policjant słuchał głosu w słuchawce.
     -Nie macie wolnych miejsc?- zdziwił się. -Cztery dni?! Czy pani oszalała?- podniósł głos. -I co ja mam z nim do tej pory zrobić?!
     Chłopak przyglądał się rozmawiającemu policjantowi z uwagą. Mężczyzna wstał i poczerwieniał na twarzy.
     -Droga pani, nie będę trzymał chłopaka na policyjnym dołku przez cztery dni!- powiedział gromko. -To jakaś kpina! Żegnam panią!
     Trzasnął słuchawką i rozkaszlał się. Szybko sięgnął do kieszeni i zakrył usta wyjętą chusteczką. Kiedy się uspokoił, spojrzał na nią a jego oczy stały się szkliste.
     Westchnął i schował chusteczkę, uśmiechając się sztucznie do chłopca.
     -Wygląda na to, że nie trafisz dziś do izby dziecka- powiedział z wymuszoną wesołością w głosie. -Jest to mały problem, ponieważ nie wiem, co z tobą zrobić. Nie chcę cię umieszczać na dołku, bo to niezbyt przyjemne miejsce.
     -Mogę zostać tutaj- powiedział chłopiec. -Nigdzie się stąd nie ruszę.
     -To na pewno, tu zawsze ktoś jest- gliniarz pokiwał głową. -Ale to nasze miejsce pracy, a nie areszt, więc nie możemy cię tu trzymać przez cztery dni.
     -Więc co ze mną będzie?
     -Mam pewien pomysł- odparł policjant, drapiąc się po czubku nosa. -Ale muszę to obgadać z kierownikiem zmiany. Usiądź na korytarzu, ja skocze na chwile do dowódcy.
     Wyszli przed gabinet, chłopiec usiadł na krześle przed drzwiami a mężczyzna wszedł po schodach piętro wyżej.
     Błękitne tęczówki chłopca znów skierowały się na okno, za którym deszcz przybierał na sile. W oddali błysnęło i po chwili rozległ się grzmot. Szyby w oknach zabrzęczały cicho, po chwili chwili znów rozległ się...

     ...huk eksplozji, kiedy zbiornik paliwa został rozerwany. Na szczęście grodzie statku wytrzymały i płomienie nie wtargnęły do kabiny pilota. W całym wnętrzu kabiny strzelały iskry z przerwanych obwodów, wibracje pojazdu powodowały pękanie i przemieszczanie się części pancerza. Na trzydzieści sekund przed uderzeniem w powierzchnię planety, dostrzegł zbiornik wodny, który mógł być niewielkim stawem.
     -Komputer, wyhamuj ile możesz i skieruj statek na to jezioro!- prawie wykrzyczał, aby jego głos przedarł się przez panujący hałas. -Mam szansę przeżyć, jeśli rozbijemy się na wodzie!
     -Wykonuję- beznamiętnie potwierdził głos komputera pokładowego. -Silniki manewrowe ustawione w kierunku przeciwnym do toru lotu, potwierdzam manewr korygujący kurs na zbiornik wodny. Szacowana głębokość wody po skanie ultradźwiękowym wynosi cztery metry.
     -Przeżyję uderzenie?!
     -Szanse przeżycia wynoszą 50%. Osłabienie poszycia spowoduje pęknięcie kadłuba pojazdu w chwili uderzenia w powierzchnię wody.
     -Dobre i to- warknął chłopiec i wydał ostatnie polecenie. -Zalej swoje obwody żelem silikonowym, żeby nie dostała się do nich woda. Możesz mi się jeszcze przydać, zamierzam wrócić na statek.
     -Wykonuję. Obwody zalane, za dziesięć sekund nastąpi wyłączenie moich obwodów.
     -Ile do zderzenia?
     -Nie...
     Nastąpił potężny wstrząs, kabina rozszczelniła się, woda wdarła się do jej wnętrza z ogromna siłą, zalewając czarnowłosego, wciąż przypiętego do fotela. Pod naporem mas wody powietrze zostało wyciśnięte z jego płuc. Szarpnął się rozpaczliwie, czując...

     ...jak ktoś chwyta go pod pachy i podnosi. Powoli doszedł do siebie i ujrzał twarz grubego policjanta.
     -Co ci jest? Zasłabłeś?- zapytał porucznik i pomógł mu usiąść na krześle.
     -Ch...chyba tak...- wymamrotał brunet, wciąż lekko zamroczony. -Miałem sen, albo... albo coś mi się zaczyna przypominać... sam nie wiem.
     -Jak to?
     -Widziałem wodę, tonąłem, nie mogłem złapać oddechu...- pokręcił głową. -Niewiele z tego rozumiem, ale coś widziałem.
     -To nawet ma sens- zastanowił się Starzyński. -Leżałeś na brzegu starego zbiornika retencyjnego, byłeś przemoczony, więc możliwe, że się topiłeś. Może uda nam się to sprawdzić. Póki co mam dla ciebie dobre wieści.
     -Jakie?
     Gliniarz uśmiechnął się szeroko.
     -Nie zostaniesz na posterunku, ani nie umieścimy cię na dołku- powiedział. -Z racji tego, że zająłem się twoją sprawą, dowódca udzielił mi czterech dni urlopu, podczas których zamieszkasz u mnie do momentu zwolnienia się miejsca w izbie dziecka. Przy okazji poznasz mojego syna, Rafała. Skoro, jak twierdzisz, masz piętnaście lat, to jesteście w tym samym wieku. Może twoja obecność wpłynie pozytywnie na jego zachowanie, bo kłopotliwy z niego dzieciak.
     -Więc jestem od teraz... pod pana rozkazami?- zapytał chłopiec. Policjant zaśmiał się.
     -Skoro wolisz to tak określić, to tak, jesteś teraz pod moimi rozkazami. A więc, powstań!
     Brunet zerwał się na równe nogi i wyprężył.
     -Boże, ty serio zachowujesz się jak żołnierz- pokręcił głową porucznik.
     -Wydaje mi się, że nim jestem, sir- odparł chłopiec, nie zmieniając postawy.
     -Ech... nie ważne- Starzyński machnął ręką. -Chodźmy do samochodu.






     -Co wiemy?- starszy mężczyzna w wojskowym mundurze z dystynkcjami majora na pagonach spojrzał na zebranych w pokoju odpraw.
     Rękę podniósł człowiek z ciemnorudą szopą włosów i zmierzwioną brodą.
     -Doktor Edgar Frankley, kierownik obserwatorium w Nowym Meksyku- przedstawił się. -Wiemy na pewno, że obiekty nie są pochodzenia ziemskiego, jak również, że to pojazdy a nie twory naturalne.
     -Na jakiej podstawie może pan to stwierdzić?- zapytał major.
     -Cóż- naukowiec postawił na stole konferencyjnym miniaturowy projektor i uruchomił go. Nad stołem ukazał się holograficzny obraz lecących obiektów, nagrany przez pracowników jego obserwatorium. Frankley kontynuował. -Na podstawie tego nagrania można stwierdzić, że większy z obiektów ma strukturę metaliczną, która wygląda na poddaną obróbce mechanicznej. Struktura naturalnych bolidów, na przykład meteorytów jest chropowata, pokryta wgłębieniami. Krótko mówiąc przypomina skałę. Ten obiekt jest gładki, jakby wypolerowany mechanicznie, czego nie mogło dokonać tarcie atmosferyczne i wysoka temperatura. Innymi słowy, tak gładka powierzchnia nie mogła powstać pod wpływem tych dwóch czynników.
     -Trochę to naciągana teoria- powiedział wojskowy. -Czy to wszystko, czym może nas pan przekonać o słuszności pańskich twierdzeń?
     -Nie, jest coś jeszcze- zaprzeczył Frankley i zmienił obraz na projektorze. -Meteoryty zazwyczaj nie prowadzą między sobą pościgów i walk.
     -A te dwa obiekty zapewne ścigały się- pobłażliwie powiedział major.
     -Owszem, a nawet śmiem przypuszczać, że większy zestrzelił ścigany przez siebie pojazd- doktor znowu zmienił obraz, tym razem wyświetlił linie obrazujące trajektorie obu obiektów, zaznaczone dwoma kolorami. -Jak panowie widzą, w pewnym momencie pierwszy, mniejszy obiekt zmienił kurs. Kilka sekund po nim ścigający go pojazd skorygował swoja trajektorię i znalazł się idealnie na kursie pierwszego obiektu. Tak nie zachowują się kosmiczne skały, tylko wytwory czyjejś inteligencji.
     -Zaczyna mnie pan przekonywać- mężczyzna w mundurze pokiwał głową. -Proszę dalej.
     Obraz nad projektorem ponownie się zmienił, teraz pokazywał zdjęcie obu obiektów. Doktor przemówił.
     -Oto moment zestrzelenia mniejszego pojazdu, puszczę nagranie w zwolnionym tempie, abyście wszyscy mogli zobaczyć ten moment i to, co stało się później.
     Obraz ruszył, ale poklatkowo. Na zmieniających się sekwencyjnie obrazach wyraźnie było widać, jak od większego pojazdu odrywa się jasne światło i trafia w mniejszy, ścigany obiekt. Doktor Frankley rozdzielił wizję na dwa obrazy, ukazujące obiekty osobno. Mniejszy obiekt zaczął obficie dymić, gwałtownie zmieniając tor lotu, koziołkując i strzelając płomieniami z różnych punktów rozgrzanego kadłuba.
     -Wygląda, jakby korygował lot za pomocą jakichś mniejszych silników na kadłubie, aby zminimalizować skutki katastrofy- odezwał się major.
     -I tak dokładnie robił- potwierdził z uśmiechem doktor. -Co więcej, udało mu się, gdyż nie było eksplozji podczas upadku. Natomiast drugi pojazd na pewno się rozbił, proszę spojrzeć.
     Wskazał na większy obiekt, którego silnik nagle przestał pracować. Pojazd bezwładnie spadł na powierzchnię, co potwierdził potężny błysk i unoszące się w niebo płomienie w kształcie grzyba.
     -Przekonał mnie pan, doktorze Franklin- wojskowy pokiwał głową.
     -Frankley, majorze.
     Mundurowy kiwnął głowa w przepraszającym geście.
     -Proszę wybaczyć, nie mam pamięci do nazwisk- powiedział i wskazał palcem na obiekty na ekranach. -Czy może pan w przybliżeniu określić, gdzie spadły te pojazdy?
     -Oczywiście, nawet w dość dokładnym przybliżeniu- potwierdził naukowiec. -Oba obiekty spadły ma tereny południowej Polski, jednak ze względu na ich ogromna prędkość, spadły w dość dużej odległości od siebie. Wystarczy prześledzić doniesienia prasowe i meldunki polskich stacji radarowych, a poznamy ich bliższe pozycje.
     -No dobrze, dziękuję panie doktorze- major wstał i obciągnął mundur. -Tym już zajmą się nasze służby wywiadowcze i nasi agenci na terenie Polski. A wam, panowie- zwrócił się do pozostałych, zasiadających przy stale ludzi, którzy byli wysokimi urzędnikami cywilnymi i wojskowymi. -radzę zacząć się modlić, aby pilot statku który nie wybuchł, okazał się pokojowo nastawiony i niegroźny. A przynajmniej łatwy do zabicia.
     Odwrócił się energicznie i opuścił salę odpraw.






     Starzyński zatrzymał samochód przed bramą swojego garażu i wychylił głowę przez odsunięte okno.
     -Młodego jeszcze nie ma w domu, albo śpi- stwierdził, widząc ciemne okna w całym domu.
     Brama garażu automatycznie uniosła się do góry, porucznik wprowadził auto do środka i wyłączył silnik. Światło również włączyło się automatycznie, a brama zasunęła się z cichym szumem mechanizmu.
Mężczyzna wysiadł z samochodu i otworzył drzwi czarnowłosemu chłopcu, siedzącemu po stronie pasażera.
     -Chodźmy na górę, zrobię jakąś kolację.
     Chłopak skinął głową, wysiadł i podążył za policjantem do wnętrza domu. Światło włączało się automatycznie, kiedy przechodzili przez krótki korytarz, w kuchni również włączyło się samo.
     -Siadaj- powiedział Starzyński, wskazując chłopcu krzesło przy stole. -Odgrzeje zapiekanki, kupiłem je wczoraj Rafałowi, ale najwidoczniej nie jadł śniadania.
     -Zapiekanki?- zapytał brunet, siadając na miękkim krześle. -Chyba nigdy czegoś takiego nie jadłem. W ogóle nie pamiętam co jadłem... kiedyś.
     -Ech, gdzieś ty się chował przez tyle lat?- gliniarz pokręcił głowa z politowaniem.
     -Nie pamiętam...
     -No już, dobrze- powiedział uspokajająco Starzyński, widząc smutne spojrzenie chłopca. -Przypomnisz sobie w końcu.
     Na górze coś trzasnęło, porucznik odruchowo złapał za kaburę, w której tkwił pistolet.
     -Rafał, to ty?- zawołał głośno, nie zdejmując dłoni z pistoletu.
     -Tak!- z wyższego piętra domu dobiegł młody, chłopięcy głos.
     -Czemu siedzisz po ciemku?- zapytał Starzyński. -Zejdź tu, poznasz kogoś.
     Na schodach rozległo się człapanie bosych stóp i w drzwiach kuchni pojawił się szczupły, niezbyt wysoki chłopiec o dwukolorowych włosach, trzymający w reku aparat fotograficzny. Cała jego fryzura miała ciemnobrązowy kolor, z wyjątkiem ufarbowanej na jasny blond grzywki, opadającej prawie na wysokość ust. Jego jedyne widocznie spod niej oko było jasnobrązowe, bystre i ciekawskie.

     Zdmuchnął włosy z twarzy i odsłonił drugie oko, równie ładne jak pierwsze. Uważnie zlustrował przybysza i zwrócił się do ojca.
     -Pogasiłem światła, bo robiłem zdjęcia piorunów- wyjaśnił i ponownie spojrzał na obcego chłopaka z zainteresowaniem. -Kto to?
     Porucznik rozłożył bezradnie ramiona.
     -Nie wiem.
     -Jak to?- zapytał zaskoczony Rafał. -Jaja se ze mnie robisz?
     -Ależ skąd, naprawdę nie wiem- powiedział gliniarz. -Z reszta on sam też tego nie wie, chyba ma amnezję, czy jakoś tak.
     Chłopak z jasną grzywka podszedł do swojego rówieśnika i wyciągnął dłoń.
     -Jestem Rafał, a ty?
     Chłopiec nieśmiało uścisnął szczupłą dłoń Rafała i powiedział:
     -Ja... nie pamiętam...
     -Hmm, szkoda- powiedział syn policjanta. -Może ja ci nadam jakieś imię? Mogę?
     -Wolałbym odzyskać swoje własne imię.
     -Mam pomysł!- zawołał Rafał. -Powiedz pierwsze słowo, jakie przyjdzie ci na myśl, a ja zrobię z niego normalne, ludzkie imię dla ciebie.
     Starzyński junior uśmiechnął się tak szczerze i ujmująco, że brunet pokiwał głową i zamyślił się na chwilę.
     -Może... mihuraukordyn?- wypalił po chwili. -Nie mam pojęcia, skąd mi się wzięło to słowo i co oznacza, ale pierwsze przyszło mi do głowy.
     -Michał...- zaczął Rafał, namyślając się. -Michał Korda! Masz nawet z nazwiskiem!- krzyknął triumfalnie.
     -Podoba mi się- nowo mianowany Michał uśmiechnął się szeroko, co przyciągnęło uwagę Starzyńskiego młodszego. Spod jasnej grzywki patrzyła para piwnych oczu, zafascynowanych pięknym uśmiechem błękitnookiego bruneta.
     Obaj patrzyli na siebie, nie odwracając wzroku, nieprzerwanie lustrując wzajemnie szczegóły swych twarzy.
     Stan ten przerwał Starzyński senior, wyrażając podziw dla pomysłowości swego syna.
     -Nieźle to wykombinowałeś- pochwalił Rafała. -Teraz chociaż będę mógł się do niego zwracać po imieniu, a nie bezosobowo, jak do tej pory.
     -Masz syna geniusza, doceń to- brązowe oczy pod jasną grzywką błysnęły szelmowsko.
     -W szkole też jesteś taki genialny?- zapytał ojciec z uśmiechem.
     -Uhm... no, nie aż tak, ale robię co mogę.
     -A ponieważ nic nie możesz, to nic nie robisz?-zaśmiał się policjant i pokiwał głową z politowaniem. -Wybacz, synu, taki żarcik starego człowieka.
     -Mało śmieszny- Rafał udawał nadąsanego. -Może nie jestem geniuszem, ale mam za to inne talenty.
     Starzyński senior przyciągnął syna ramieniem i uściskał lekko.
     -Wiem, synu, i jestem z ciebie dumny, bo umiesz coś, czego ja nigdy się nie nauczyłem, choć bardzo chciałem.
     -Ty za to masz pracę, dzięki której ja jestem dumny z ciebie, tato- Rafał uśmiechnął się do ojca i wyswobodził się z jego objęć.
     Świeżo nazwany Michał przyglądał się im z uśmiechem, lecz nagle jego twarz zmieniła się. Łzy wypełniły jego oczy i spłynęły po policzkach.
     -Co się stało?- zapytał policjant i podszedł do chłopca. Ten otarł łzy wierzchem dłoni i z trudem odzyskał opanowanie.
     -Właśnie zdałem sobie sprawę, że mój ojciec nie żyje- powiedział cicho. -Nie mam pojęcia, skąd to wiem, ale jestem tego równie pewien, jak tego, że mam piętnaście lat.
     -Wierzę ci- powiedział policjant. -Ale niewiele mogę zrobić, żeby ci pomóc. Być może w izbie dziecka znajdą psychologa lub kogoś takiego, kto pomoże ci odzyskać pamięć.
     -Izba dziecka?!- powiedział zszokowany junior. -Tato, nie możesz...
     -Nie mam wyjścia- przerwał mu ojciec. -Takie jest prawo. Michał nie ma prawnego opiekuna, nie znamy jego rodziny, adresu, nic o nim nie wiemy.
     -Ale tato... to okrutne- protestował Rafał. -Przecież to jak areszt tymczasowy!
     Michał spojrzał na obu Starzyńskich, w końcu powiedział:
     -Nie chcę tam iść, ale skoro nie ma innego wyjścia, to godzę się z tym.
     Policjant westchnął i spojrzał w błękitne oczy chłopca.
     -Uwierz mi, że dla twojego dobra i mojego sumienia wolałbym, żebyś nawet został tu z nami. Ale nie mam takiej mocy sprawczej, która pozwoliłaby cię uchronić przed izbą dziecka.
     -Rozumiem- chłopiec pokiwał głową. -Nie mam o to żalu i rozumiem, że takie są procedury. Nie znam ich, ale muszę się z nimi zgadzać i do nich stosować.
     -Jesteś wyjątkowo mądrym chłopakiem- powiedział mężczyzna. -Wierzę, że nawet tam dasz sobie radę. A ja swoją drogą będę miał cię na oku i w miarę moich możliwości postaram się pomóc.
     Brunet nic nie odpowiedział, kiwnął tylko głową. Zapadła ogólna, dość niezręczna cisza. Na szczęście przerwał ją dzwonek kuchenki, która skończyła odgrzewać zapiekanki.
     -Siadajcie, zjemy coś- powiedział Starzyński senior i przygotował talerze. Rafał usiadł przy nowo poznanym koledze, a jego ojciec podał im kolację.
     Jedli bez entuzjazmu, bez smaku, choć zapiekanki były naprawdę smaczne.
     Jedli, jakby coś odebrało im przyjemność z delektowania się smakiem, jakby jedzenie stało się nagle przykrą koniecznością.






     -Nie siedźcie zbyt długo przed komputerem- powiedział tato Rafała, stojąc u stóp schodów, kiedy chłopcy wchodzili na piętro. Zatrzymali się na szczycie. Porucznik spojrzał na nich. Jego syn był nieco niższy od Michała i jakby chudszy, choć tamten też nie imponował budową. Szczupła twarz i niezwykłe oczy bruneta dodawały mu powagi. Poruszał się w specyficzny sposób, bardzo pewnie i sprawnie, jakby każdy mięsień jego ciała był doskonale zestrojony i zsynchronizowany z pozostałymi. Natomiast Rafał chodził w sposób niedbały, często potykał się o własne stopy i sprawiał wrażenie nieporadnego, jakby jego własne kończyny nie do końca chciały go słuchać. Było to dość normalne u chłopaka w jego wieku, ale nie syn zastanawiał policjanta, lecz jego nowy kolega. Ponieważ ten chłopiec w najmniejszym stopniu nie wykazywał typowych zachowań nastolatka.
     Przerwał swoje rozmyślania i powtórzył:
     -Nie siedźcie zbyt długo przed komputerem. I wykąpcie się, zanim pójdziecie spać.
     -Tak jest, sir- z góry doleciał głos Michała a po chwili cichy śmiech Rafała.
     -Ty co, generał?
     -Dobrze, chłopcy. Idźcie, ja posiedzę jeszcze trochę przed telewizorem i tez niedługo pójdę spać. Dobranoc.
     -Dobranoc, tato.
     -Dobranoc,s... poruczniku- brunet poprawił się w ostatniej chwili.
     Policjant pokręcił z rezygnacja głową i odwrócił się od schodów.
     -Śpijcie dobrze- rzucił na odchodnym i podszedł do kanapy w salonie, włączając telewizor.
     -...szczątki rozbitego pojazdu niewiadomego pochodzenia- z telewizora popłynął głos reportera, kamera pokazywała wybity w ziemi krater i dymiące szczątki czegoś, czego porucznik Starzyński nie potrafił zidentyfikować. -Obiekt spadł na ziemię wczoraj, tuż przed wschodem słońca. Świadkowie katastrofy twierdzą, że uderzając w pusty na szczęście plac, wywołał eksplozje o dużej sile. Pod wpływem huku w pobliskich gospodarstwach rolnych w oknach pękały szyby i włączały się alarmy samochodowe. Pochodzenie oraz przeznaczenie obiektu nie jest na razie znane, ale naukowcy z akademii już zajęli się znaleziskiem. Będziemy informować państwa na bieżąco z miejsca upadku UFO. Dla wiadomości mówił...
     Policjant przełączył na kanał sportowy i zapomniał o słyszanych wcześniej wiadomościach.
     -Uważają ludzi za bandę kretynów- burknął pod nosem. -Kto wam uwierzy w UFO?






     -Tu masz koszulkę i spodenki, przebierz się po prysznicu- Rafał wyjął z szafki rzeczy dla Michała i położył je na łóżku. -Dam ci jeszcze bluzę z kapturem. Pewnie nie masz innych rzeczy, poza tymi które nosisz teraz?
     -Nie mam- potwierdził brunet. -A jeśli nawet mam, to i tak nie pamiętam gdzie mogą być.
     Junior kiwnął głową i wrócił do grzebania w szafce. Wyciągnął jeszcze kilka nowych części garderoby i rzucił wszystko na łóżko.
     -To masz tu jeszcze bokserki, skarpety i dwie koszulki, ja mam tego pod dostatkiem a tobie się przydadzą. Jutro dam ci jeszcze kurtkę, nówkę, jeszcze nie używaną.
     -Nie musisz...- Michał chciał zaprotestować, ale Starzyński junior przerwał mu.
     -Ale mogę. I chcę. Mam tyle ciuchów, że mogę dać ci kilka sztuk, skoro masz tylko to co nosisz. Dałbym ci jeszcze spodnie, ale jesteś wyższy i mogłyby mieć zbyt krótkie nogawki.
     -Naprawdę nie trzeba, moje spodnie wyglądają jeszcze na całkiem solidne. Dziękuje za wszystko, ale już wystarczy. Nigdy ci się za to nie odwdzięczę.
     -I nigdy nie będziesz musiał- uśmiechnął się Rafał. -Nie mam zbyt wielu przyjaciół czy nawet kolegów, więc choć tyle mogę zrobić dla kogoś. Mimo tego, że ledwie cię poznałem.
     -Ja... dziękuję i cieszę się, że się poznaliśmy- czarnowłosy również się uśmiechnął, czym wprawił juniora w osłupienie.
     -Dżizas, jaki ty masz piękny uśmiech...- szepnął a jego policzki nabrały czerwonych rumieńców.
     -Co mówiłeś?- zapytał Michał, który nie dosłyszał szeptu chłopaka.
     -N-nie, nic takiego- zająknął się Rafał. -Mówiłem, że też się cieszę...
     Zapadła niezręczna cisza, przerywana tykaniem zegara, stojącego na biurku juniora.
     -To ten... może chcesz się wykąpać?-wykrztusił w końcu młody Starzyński.
     -Tak, bardzo chętnie- Michał pokiwał głową.
     -Zaprowadzę cie do łazienki, chodź.
     Wyszli z pokoju juniora i skierowali się do drzwi obok, gdzie mieściła się łazienka. Światło włączyło się automatycznie, Rafał wskazał brunetowi prysznic, podał nowy ręcznik i mydło.
     -Nie musisz się śpieszyć, ja mogę wykąpać się później- powiedział. -W zasadzie to chodzę pod prysznic późno w nocy, często do późna siedzę na necie lub czytam, jestem przyzwyczajony.
     -Rozumiem- Michał skinął głowa i zdjął koszulkę, odsłaniając swoje blizny.
     -Wow, skąd to masz?!- junior podszedł do niego i przyjrzał się ranie na jego plecach. -To wygląda jak rana po kuli.
     Brunet odwrócił się, a wtedy Rafał zobaczył mniejszą ranę na jego brzuchu.
     -Ej, to jest... to jest rana postrzałowa, w dodatku kula przebiła cię na wylot.
     -Możliwe- Michał wzruszył ramionami. -Ale nie pamiętam skąd ja mam. Poza tym nie boli, więc nie przeszkadza mi zbytnio.
     -A to co?!- krzyknął junior, wlepiając wzrok w oparzelinę na ramieniu bruneta. -Ktoś przypiekał cię ogniem?

     -Nie pamiętam, ale to dość świeża rana, bo jeszcze ją czuję.
     -Boli?- Rafał podszedł bliżej i spojrzał na paskudnie wyglądające oparzenie.
     -Nie tak bardzo- hardo odpowiedział Michał. -Częściowo się już zagoiła, ale jeszcze czasami szczypie.
     Młody Starzyński pokręcił głową.
     -Umyj się, później zrobię ci opatrunek z środkiem na poparzenia- powiedział. Brunet kiwnął głową i natychmiast zdjął spodnie, stając całkiem nago przed chłopcem. Junior poczerwieniał na ten widok i odwrócił się.
     -Czy tam gdzie mieszkasz nie nosi się takich rzeczy, jak bielizna?
     -Nie wiem- powiedział szczerze błękitnooki, nadal stojąc w pełnej okazałości przed chłopakiem. -Niezbyt dobrze rozumiem nawet to słowo. Ale przypuszczam, że tam skąd pochodzę nie wstydzimy się swoich ciał.
     Rafał odwrócił się powoli z powrotem w stronę Michała i zlustrował go od stóp do głów, czerwieniąc się przy tym jak burak.
     -W takim razie ja chcę się przenieść tam, gdziekolwiek to jest- powiedział i uśmiechnął się zadziornie, bezwstydnie gapiąc się na krocze bruneta. Po kilku sekundach potrząsnął głową i rzucił:
     -Dobra, weź prysznic, poczekam z opatrunkiem w pokoju.
     -Jasne- zgodził się Michał i wszedł do kabiny, w której automatycznie z deszczowni zaczęły płynąć strumienie wody.
     Syn gliniarza wyjął z apteczki spray na oparzenia, opatrunek i bandaż i z ociąganiem, Kątem oka zerkając na zaparowane szkło kabiny, opuścił łazienkę. Wrócił do swego pokoju, włączył komputer i cicho nastawił muzykę.
     Po dziesięciu minutach drzwi otwarły się i do pokoju wszedł całkiem nagi Michał.
Junior wbił w niego wzrok i otworzył usta.
     -Czemu nie ubrałeś się w łazience?
     -Nie wziąłem spodenek, które mi dałeś- wyjaśnił spokojnie brunet i podszedł do łóżka, gdzie leżały podarowane przez Rafała ubrania. Podniósł granatowe, luźne spodenki i wśliznął się w nie powoli, ukrywając przed wzrokiem Starzyńskiego juniora interesujący go element swej anatomii.
     -Mogę w nich spać?- zapytał i usiadł na łóżku. Rafał pokiwał głową i z rozczarowaniem szepnął sam do siebie:
     -Możesz spać nawet bez nich...
     -Co mówiłeś?
     -Erm... nic takiego- otrząsnął się junior. -Mówiłem, że możesz w nich spać. A, właśnie!- przypomniał sobie. -Zrobię ci opatrunek na tym poparzeniu.
     Podniósł z biurka spray i opatrunki i podszedł do łóżka. Delikatnie spryskał środkiem oparzelinę Michała i przyłożył na nią opatrunek, po czym zaczął bandażować jego ramię. Robił to bardzo wolno i delikatnie, ale bynajmniej nie dla tego, by nie urazić rany. Chciał jak najdłużej móc dotykać ciała bruneta, napawać się jego ukrytymi pod gładką skórą mięśniami.
     Skończył opatrunek i usiadł ponownie przy biurku, patrząc na swoją robotę.
     -Profesjonalnie opatrzona rana!- dumnie podniósł głowę. -Teraz nie będziesz czuł bólu, a do jutra środek regenerujący wytworzy cienką warstwę naskórka i rana szybciej się zagoi. No, to kładź się spać.
     -Dzięki- brunet położył się i okrył grubym kocem. -Dobrej nocy.
     -Tak... bardzo dobrej- bezmyślnie odpowiedział Rafał, patrząc na układającego się do snu chłopca. Po chwili odwrócił się do komputera i wyłączył go. Postanowił wziąć teraz prysznic i jak najszybciej położyć się obok nowego kolegi. Niemal w biegu zdejmował ciuchy, pędząc do łazienki.

     Wchodząc nago pod prysznic, przed oczami miał obraz nagiego ciała Michała, wciąż czuł jego mięśnie, poruszające się pod skórą.